RSS
niedziela, 07 lutego 2010
#314# Pogłoski o mojej śmierci były zdecydwoanie przesadzone.
Taka jest moja wersja i będę się jej trzymał. Choć chyba pierwszy raz odkąd prowadzę tego bloga był cały miesiąc bez wpisu. Trudno. Jakoś tak wychodzi, że albo dzieje się neiwiele, i nie ma o czym pisać, albo dzieje się bardzo wiele, a wtedy nei ma czasu o tym pisać. Rozwiązanie? Nooo... Mógłbym popełnić jakąś tasiemcową epopeję w odcinkach i wrzucać codziennie po kawałku, ale po krótkim (nie dłuższym niż sekunda nowojorska) namyśle dochodzę do wniosku, że to głupi pomysł.
Co więc sie u mnie dzieje? Ano, jak już napisałem we wstępie - żyję. więc jest nieźle. Kończę walkę sesyjna, co samo w sobie jest dobre, a i oceny też zaliczają się raczej do wyższych niż niższych. Teraz został mi jeszcze jeden egzamin - NMR, który akurat rozumiem, więc nie jest źle - i dopytka z EPR. Z moim zorzumieniem EPR jest trochę gorzej -znaczy, chyba załapałem już mniej-więcej o co chodzi w tej technice, jak się robi pomiary, jak się interpretuje widma... Do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze tylko jednej informacji. Mianowicie - po co się to robi. Podobnie nie wiedziałęm, po co nam tak naprawdę CV i CD. Swoją drogą włąśnie sobie uświadomiłem, że większość czytelników przeczytawszy te słowa popuka sie znacząco w czoło badź też pospieszy z - niezwykle pomocnym - komentarzem, ze do dostawania pracy i do zapisywania danych, więc wyjaśniam zawczasu, że chodziło mi o cykliczną woltametrię i dichroizm kołowy, a nie o życiorys i płytę kompaktową.
Tyle w temacie sesji. Jeśli nic się niespodziewanego nei zdarzy, powinienem ją zakończyć 12 lutego. A potem - zaczynają się ferie, długie, bo aż do końca miesiąca. Wprawdzie w czasie tychże ferii nadal będę niósł kaganiec oświaty, ale poza tym mam plan nadrobić - po raz kolejny :P - zaległości bitewniakowe, i inne temu podobne. Jak dobrze pójdzie, to uda mi się wreszcie dokończyć resztę motorów, potem jeszcze dwóch marynatów i wreszcie, po raz pirwszy w życiu, będę mógł powiedzieć, ze wszystko, co mam do danej armii, mam pomalowane. A zbierze sie tego ze 2000 spokojnie, więc nie jest źle. A zaraz po marynatach idą na tapetę orki. Muszę przyznać, że naprawdę coraz bardziej podoba mi sie filozofia grania freekowymi orkami. Jest to taka swoista odskocznia od prób taktycznego rozkładania wroga marynatami. U orków po prostu wrzeszczysz "Waaagh!" i pędzisz do wroga, żeby mu wtubić. Ciekawe swoją drogą jak to wpłynie na grę z nowymi tyranidami - ale wstępnie mogę stwierdzić, że marynatami z tyranidami gra się łatwiej niż kiedyś. Zobaczymy, co będę mówił, gdy na stole pojawią się jakieś większe brzydale, ale na razie naprawdę nie mam na co narzekać. Anyway, jeśli chodzi o nadrabianie zaległości, to na 20 już mam zaplanowany turniej - zabieram ze sobą tresowanych Tyranidów ;) - ale tak poza tym, to czekam na propozycje! I w ogóle na wszelkie inne propozycje też czekam. A jak nie będę dostawał, to chyba po prostu będę Krisowi na głowie w Ogrynie siedział, czekając, aż znajdzie sie jakiś chętny do bitki.
Poza tym - w planie jest jeszcze imprezka w najbliższą sobotę. Mimo totalnego braku zdolności manualnych istneije szansa, ze jednak uda mi się jakąś togę spreparować, wiec wstydu nikomu nie przyniosę. Oby...

Co napisawszy, wracam do analizy widma MS. Howgh.
01:46, leitdorf
Link Komentarze (7) »
niedziela, 13 grudnia 2009
#313# Much - czyli muzyczno-chemicznie.
Znowu - duzo sie działo, mało się pisało. Teraz się napisze. A jak się nie będzie chciało samo napisać, to spróbuję napisać ja.
Well, samo się nie napisało, więc ja się biorę do roboty. Jednym z głównych wydarzeń od czasu ostatniej notki był przegląd "w górach jest wszystko co kocham". Czyli takie małe Bieszczadzkie Anioły w stołówce PWR. Edycja piąta - nader znacząco, gdyż est to ostatnia impreza, która odbyła sie w gościnnych murach tejże stołówki - idzie do rozbiórki. Czyli kolejny festiwal poezji śpiewanej staje się bezdomny :D. Ale nie należy wyciągać z tego pochopnego wniosku, że cały nurt chyli się ku upadkowi, o nie! Patrząc na widownię można być absolutnie pewnym, ze nurt ma sie dobrze. Skoro młodzież akademicka, przyszłość tego narodu, jest skłonna przychodzić na koncerty ludzi, na których piosenkach zdążyły się już wychować dwa pokolenia - to znaczy, że na przyszłość można patrzeć bez obaw (o ile niebo nie spadnie nam na głowy...). Podobnie stwierdziłem po koncercie laureatów konkursu piosenki. Najbardziej spodobała mi się twórczość rozczochrana. Tylko jeden apel do organizatorów - w przysżłym roku bez telewizji studenckiej "Styk"! Albo przynajmniej z inteligentną grupą reporterów w studio. Bo niektórych pytań się zdzierżyć nie dało, i wcale sie nie dziwię, że gdy prowadząca zapowiedziała "Teraz znów oddamy głos do studia", z sali rozległ się gromki okrzyk "A może jednak nie?".
Jeśli chodzi o część muzyczną - bardzo mi się spodobał zespół "Przejście" ze swoimi wpływami bałkańskimi, a Leszek Kopeć wywarł na mnie wielkie wrażenie - osoby, która mimo braku wzroku robi znacznie więcej, niż większość pełnosprawnych, ale odkryciem roku był zespół "Do góry dnem". Szkoda tylko, że jest to zespół - widmo. W internecie jest jakaś neiwielka stronka o nich, ale w sumie można znaleźć tylko 4-5 ich piosenek w nagraniach, a utworu "Zaprzęgaj, stary" nie byłem w stanie znaleźć w internecie w żadnej postaci. Ani nagrani, ani słów, ani nic. No ale cóż, trudno. Dodam jeszcze, że przy bisowym wykonaniu piosenki "Nasz Modigliani" przez Jerzego Filara ze wsparciem przeżyłem... Swoiste wzruszenie, gdy uświadomiłem sobie, ile lat doświadczenia scenicznego tam się zebrało. Gdy uświadomiłem sobie, że moja mama, mając tyle lat, co ja teraz, też słuchała Bukowiny - a oni koncertowali już od trzynastu lat. Mówią wieki...
Nauka. Paptyd pierwszy upleciony. Linker zalinkowany. Potrzeba Fmoc-etylenodiaminy. Cena 370PLN/500mg. OK, da sie przeżyć, ale może by tak to zsyntezować? No to syntezuję samodzielnie (plan ułożony przez doktora). Trwa to dwa tygodnie, wszelkie moce sie przeciw mnie sprzysięgają, żebym tylko nie odkrył prostej i taniej syntezy tego związku, nawet pakt z diabłem sie końcy i rozkłada mnie zapalenie gardła (żeby było zabawniej, za wyjątkiem temperatury - bezobjawowe!), ale ja z żelazną wolą, wbrew przeciwnościom, zawzięcie syntezuję. Po to tylko, żeby się dowiedzieć, że na końcu mój produkt wyszedł w ilościach ćwierćśladowych. A głównym zanieczyszczeniem jest jakieś cholerawieco. Nic to,będziemy badać dalej.
za to - jak sie w czwartek dowiedziałem - na pocieszenie dostałęm stypendium ministra. Na początku nie mogłem w to uwierzyć, ale niezaleźni świadkowie potwierdzili. Jak dostane pierwszą wpłatę, to chyba zacznę pytać, ile Wrocław kosztuje...
01:57, leitdorf
Link Komentarze (4) »
wtorek, 17 listopada 2009
#312# Ugryzł? Użarł?
Nie, UJot! To oni zorganizowali XXXI OSChem, w którym miałem niewątpliwą przyjemność uczestniczyć. I wprawdzie zawsze będę twierdził, że "nasze lepsze", ale i tak było bardzo fajnie! I to pomimo zawirowań transportowych - wprawdzie, wbrew kasandrycznym przepowiedniom mamy mojej nie pozabijaliśmy się, ale godzina na wyjazd z Wrocławia, plus półtoragodzinny postój w korku koło Katowic, plus mleko z widocznością 25 metrów pod koniec zakopianki... Ugh. To nie jest fajne. Ale w korku przynajmniej mieliśmy okazję zaobserwować kilku ciekawych osobników - na przykład takiego jednego pana, który się chyba wkurzył, bo zostawił samochód na poboczu i ruszył pieszo w stronę najbliższego zjazdu...
Na miejscu zaś powitał nas Prezes, który szybko przeszedł do rozliczania działalności koła za ostatnie kilka lat i jeszcze na rok do przodu. Następnie poinformował nas o zbyt dużych wpływach ekologów w naszym kole, po czym co prędzej się oddalił, żeby domagać się od szefowej PWr-u powołania międzykołowej komisji rewizyjnej. Czemu się jednocześnie stanowczo sprzeciwiał. Do zapamiętania - nie należy oczekiwać rozsądnego myślenia od osoby, która w niewielkim gronie rozpracowała litr spirytusu! No ale nic to. Następnego dnia zaczęła się normalna rutyna - znaczy, o 8 śniadanie, potem do 18:20 referaty (z przerwą na obiad, i 2x na kawę), następnie postery do 19:30, a potem kolacja i impreza. Tym razem byłem na znacząco większej ilości wystąpień - chyba na wszystkich, które mnie interesowały. Bo przecież nie będę chodził na wystąpienia teoretyków - zasnę tylko, i będzie wstyd jak zacznę chrapać.
Moje wystąpienie było dopiero ostatniego dnia, w piątek. Prywatnie uważam je za całkiem udane, ludzie raczej nie usnęli, niektórzy nawet zadawali pytania - więc dobrze jest. Inna rzecz, że parę osób mi sugerowało, żeby mówić wolniej - stwierdzili, że po angielsku mówię zbyt dobrze, żeby osoba mówiąca raczej słabo była w stanie zrozumieć. Muszę przyznać, że w tej tematyce mam dość mieszane uczucia - zobaczymy, co z tego wyjdzie. Niestety, koniec końców znów nie udało się zająć żadnego punktowanego miejsca - zwalę to na niską frekwencję na moim wystąpieniu, którą z kolei zwalę na piątek i język angielski ;P. Z innych rzeczy które nie wyszły - najtęższe głowy siedziały nad moim laptopem, a dźwięku jak nie było, tak nie ma. Trudno, będę szukał dalej. Może kiedyś zostanę prawdziwym hackerem!
A co do części imprezowej... Suffice it to say, że zupełnie inaczej się można bawić nie musząc po tym sprzątać sali, i nie mając w perspektywie pobudki po trzygodzinnym śnie w celu obudzenia wszystkich innych. Wprawdzie i tak nie spałem za wiele, ale to już z własnej nieprzymuszonej woli. Więc i bawiłem się nieźle... Tylko Kogoś do tej zabawy brakowało :).

Ale na balu chemika się odrobi!
00:33, leitdorf
Link Komentarze (2) »
piątek, 16 października 2009
#311# Bo nowy rok wstaje...
Nowy rok akademicki, oczywiście. Najpierw musiał oczywiście przejść przez rozmaite przypadłości wieku młodzieńczego - w tym wielokrotne zmiany planów i powtarzane zapisy... Ale w końcu wystartował w pełni i toczy się coraz szybciej do przodu. Dla mnie jeszcze szybciej, ze względu na fakt że przez pierwszy jego tydzień byłem niemal wyłączony z użytku, bo siedziałem na recepcji konferencji magnetycznej. Zabawa przednia, można sobie pogadać po angielsku z ludźmi z całego swiata, dostałęm nawet zaproszenie do odwiedzin na wydziale chemii UCD, tylko, że momentami straszny młyn się robił. Bo na przykłąd ktoś zamiast do centrum konferencyjnego PWr przybył na nasz wydział, i trzeba było go ratować. Inny znów zgubił torbę konferencyjną... I tak dalej. Przydała się - zdobyta w trudzie i znoju na Aniołach - umiejętność jedzenia na stojąco, w biegu i nader czujnie.
Ale, po zakończeniu nawiązywania kontaktów miedzynarodowych, po uprzątnięciu wszystkiego (ośmiu ludzi przez dwa dni szykowało miejsce na konferencję... A dwóch w dwie godziny wszystko tak posprzątało, że ślad nie pozostał!), przeszeregowałem się na front uczelniany. Przynajmniej częściowo, bo poza tym wróciłem do korków i zacząłem szykować się do prezentacji na kolejnym, XXXI OSChemie. Abstrakt już popełniłem, teraz ma sie na jego temat wypowiedzieć dziekan. Zobaczymy, co z tego wyjdzie :D. Ponadto wrogie siły mnie wmanewrowały w referat o noblistach na za tydzień - cóż, skoro sam zamierzam dołączyć do tego szacownego grona świetlanych postaci, to chyba by się przydało wiedzieć o nich jak najwięcej? Na dokładkę zacząłem znów własne badania. A od poniedziałku prawdopodobnie będę się uczył obsługi syntezatora peptydów... Bójcie się!
01:50, leitdorf
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 września 2009
#310# Dorastam!
Wszedłem już w okres - młodzieńczego niewątpliwie - ubuntu :). A stało się to na skutek totalnej domowej paranoi. Znaczy: w piątek z wieczora (czytaj - chwilę przed północą) do taty przyjechał informatyk, coby naprawić laptopa. Laptop ówże okazał się być nienaprawialnym - znaczy, dysk mu padł kompletnie, pod względem fizycznym, i jest do wymiany. Ale ponieważ tata ma tam jakieś, jak to się ładnie mówi, ważne dane, uruchomiony został program mogący je uratować przez zgranie na inny dysk (w postaci kompletnej). I co? I jak go odpalili około pierwszej w nocy w sobotę, tak ciągle jeszcze mieli dysk, i przestać nie ma wcale ochoty. Skutkiem tego mój laptop okazał się być niezbędny. Z nim zaś był jeden, drobny, tyci problemik. Mianowicie - działał strasznie wolno już od dłuższego czasu, lecz tym razem przeszedł sam siebie i od momentu zalogowania do momentu wykonania pierwszej sensownej czynności minęło około 15 minut. Ekstra, prawda?
Gdy tata już starł pianę z ust i przestał pałać żądzą mordu, to zgodził się ze mną, że jest to fantastyczne wręcz ćwiczenie cierpliwości - mogłoby znajdować się w programie rekrutacji na benedyktyna. Ale chwilowo nikt z nas nie planuje ruszyć taką ścieżką powołania, więc warto by coś z tym zrobić. A co? Ano - format. Ale ponieważ z doświadczenia wiem, że w kilka tygodni po formacie zaczyna się znów to samo (choć wcale nie instaluję wielu gier!), musiałem wymyślić sposób, żeby tym razem to obejść. No i w końcu wymyśliłem - zrealizowałem od dawna powtarzaną groźbę, że przejdę na linuxa.
Ale. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Po pierwsze, sam proces szykowania płyty instalacyjnej zajął trochę czasu. Najpierw trzeba było toto ściągnąć - wybierając odpowiedni serwer, co też nie jest wcale takie proste jak się wydaje, bo choć zdawałoby się, że WCSS to poważna instytucja, to jednak serwer im najwyraźniej szwankuje. Potem jeszcze reset pobierania na skutek włączenia przez mamę odkurzacza i związanego z tym wywalenia korków - i już po półtorej godzinie Microsoft przestał stawiać opór. A przynajmniej - tak się wydawało...
Ale tylko "wydawało" - bowiem po ściągnięciu programów do sprawdzania sumy kontrolnej i do wypalania dysku z obrazu, sam proces nagrywania dwukrotnie zaowocował błędem na płycie. Dopiero za trzecią razą udało się wszystko bezbłędnie przegrać (do trzech razy sztuk?), więc mogłem przejść do etapu instalacji. Miałem pewną dziką satysfakcję, gdy formatowałem do gołych dysków Windozę... Potem ubuntu zainstalowało się szybko i bezproblemowo, by... następnie nie raczyć się uruchomić. Szczęśliwie pomógł tu informatyczny chwyt numer jeden - mianowicie reset (połączony z testem pamięci - zakończył się przy bodaj 119%. Vivat matematyka!). No i wreszcie mogłem sie zabrać za testowanie, co nie działa. I co się okazało? Działało wszystko poza dźwiękiem. Wydawało mi się to być podejrzanie dobrą sytuacją - wiedziałem już bowiem, że dźwięk raczej nieczęsto w ubuntu działa "z marszu". Więc dziś spędziłem jakieś 5 godzin robiąc troubleshooting - i jednocześnie ucząc się obsługi terminala i dwóch edytorów spod niego działających. Efekt? Zaden. Jak nie działało, tak nie działa. Ostatnie badania porównawcze (z danymi wziętymi prosto z Księżyca) zdają się sugerować, iż problem może leżeć w niekompatybilności karty dźwiękowej (znaczy, braku linuxowych driverów). Choć zdaje mi się że gdzieś, komuś w necie podobno na tym właśnie laptopie dźwięk w ubuntu zadziałał, po zastosowaniu jakiegoś dzinego chłytu (który nie do końca rozumiem, ale też zastosowałem - i też bez efektu). Ale jeśli się okaże, że jednak nie - no to trudno. Będę musiał kupić nowego laptopa - albo własnoręcznie (ewentualnie nożnie, ewentualnie kopytnie) napisać te nieszczęsne sterowniki... ;P. Jak myślicie, co wyjdzie taniej? ;)
A z drugiej strony... Zastanawiam się, czy jest w ogóle choć teoretyczna możliwość napisania linuxa, który nie bedzie wymagał MacGyveryzmu na każdym kroku. Którego by można zainstalować - i by działał, ot tak po prostu, udostępniając wszystki możliwości, które udostępniać powinien, nawet tak rzadko wykorzystywane, jak odtwarzanie dźwięku...

Marudzę?
01:33, leitdorf
Link Komentarze (2) »
wtorek, 08 września 2009
#309# Fatum?
Najwyraźniej każde nowe miejsce zamieszkania KI musi być przez pewien czas pozbawione internetu... No cóż. Dziwne - ale trzeba z tym żyć. Tak samo jak z tym, że chwilowo znów opuściła granice naszego pięknego kraju - ale centymetry znowu lecą! A i tak sporo nam się udało zrobić - zaliczyliśmy aquapark (a ja oswoiłem się ze zjeżdżalniami - choć jeśli chodzi o skocznię Małysza, to moja odpowiedź nadal brzmi "nie"), widzieliśmy pokaz przy Hali Stulecia (intensywnie promują nową-starą nazwę), byliśmy na moim wydziale i nad rzeką, spacerowaliśmy po Praku Południowym i odgrywaliśmy role... Więc ogólnie rzecz biorąc bardzo fajnie było, czas bardzo owocnie spędziliśmy. A jeszcze 46 dni i znów się spotkamy :).
Tymczasem - mi został niecały miesiąc wakacji. Ten tydzień to wakacje totalne, ponieważ mój zespół jest aktualnie na jakiejś koń-ferencji, więc nic w labie nie zrobię. Potem pewnie zacznę znów kleić peptydy, i tak dalej. Poza tym piszę kolejne z serii "podań do dziekana" - tym razem o its. Ale nie oznacza to, że nagle mnie natchnie na zapisywanie się na KPA, mowy nie ma!
Poza tym - chcę poświęcić trochę czasu na malowanie figurek (Space Marines są niemal gotowi! Coraz bliżej! Motory już czekają na podkład!) i na granie. Ponoć w Ogrynie organizuje się grupa do Battlefleet: Gothica... zobaczymy, może warto by się tym bliżej zainteresować? Na razie w każdym razie szykuję rozpiskę na gwardię, która nabyła wielu nowych, nieprzyjemnych umiejętności antymarynackich. Cała moja nadzieja w tym, że Młody mógł ich jeszcze nie odkryć ;P.
01:04, leitdorf
Link Komentarze (7) »
sobota, 29 sierpnia 2009
#308# Tym razem padło na Kotlinę Kłodzką...
W dziedzinie ratowania świata przed klęską pożogi. Ale o tym za chwilę - jakoś trzeba było sie najpierw w tejże Kotlinie znaleźć. A więc.
A więc, przedwczora o pogańsko wręcz wczesnej godzinie wstałem, by - po szybkim oporządzeniu się - zjawić sie na dworcu i spotkać tam KI i jej siostrę. Następnie wraz z w/w niewiastami wsiedliśmy do ciapągu, który dowiózł nas do Kłodzka (po drodze KI zarobiła pełne uznania spojrzenie konduktora, który ewidentnie był pod wrażeniem jej dokumentnego przygotowania do kontroli). W Kłodzku zaś - po chwili zwątpienia - przesiedliśmy się do z dawna oczekiwanego szynobusu. Swoją drogą - fajny wynalazek. A patrzenie na tory przez szybę maszynisty (drzwi wewnętrzne są przeszkolne - widać kabinę) też znacząco zmienia perspektywę. Koniec końców dotarliśmy do stacji Bystrzyca - Przedmieście, skąd zaś pospieszyliśmy drogą krajową nr 33 ku meijscowości Pławnica, w międzyczasie rozwiązując zawiłości gramatyki polskiej i przytulając się przez gitarę, czego owocem (przytulania, nie rozwiązywania) są ciekawe zdjęcia. W Pławnicy zaś zdobyliśmy pokoje, zrzuciliśmy w nich niepotrzebne graty, te potrzebne zaś zapakowaliśmy częściowo do małych plecaków, częściowo zaś do jamy ustnej - i ruszyliśmy na spacer.
A gdy szukasz Czernej Góry, pragnij, by długie było wędrowanie... I było, choć do celu w końcu nie dotarliśmy. Przeszliśmy przez Marię śnieżną, potem szlakiem zielonym do niebieskiego i w dół do Międzygórza, wypatrując jednocześnie na drzewach nielegalnych krasnoludków. Następnie usiłowaliśmy znaleźć Złodziejską Ścieżkę, ale złodzieje ewidentnie znają się na zacieraniu śladów - tak jej szukaliśmy, że aż zawitaliśmy do Wilkanowa. Ponieważ zaś robiło się późno - postanowiliśmy wrócić do bazy wypadowej, gdzie rozpaliliśmy ognisko i korzystaliśmy z niego przy pomocy kiełbasek i gitary. Potem jeszcze wyjście w pole - i wszyscy zasnęliśmy bez najmniejszych problemów.
Następnego dnia, gdy juz udało się nam dobudzić - zebraliśmy wszystkie rzeczy i ponownie ruszyliśmy w trasę. Ponownie też się okazało, że jest prawda, jest święta prawda i jest kartograficzna prawda. To, co widzieliśmy w terenie, nijak się miało do tego, co przedstawiała mapa, szlak czerwony identyfikowaliśmy, owszem, ale nigdy wtedy, kiedy był naprawdę potrzebny... Ale akurat na czas wychodzenia z Wilkanowa się go zidentyfikować udało. W pewnym momencie przechodził koło cmentarza. I wtedy po przeciwnej stronie drogi dało się zobaczyć biały dym. Bliższe oględziny wykazały, że tym razem nie był to wybór papieża, tylko ktoś sprytny nie dogasił wypalanych śmieci, bądź też po prostu część śmieci samoistnie wywołała pożar. Wprawdzie ognia nie było za dużo, ale fakt jego istnienia tudzież bliskość suchej trawy wywołały szybką decyzję - trzeba dzwonić. No więc zadzwoniłem, i już po chwili w Wilkanowie zawyły syreny, a następnie wpadłe strażak, wcale nie sam, tylko w towarzystwie dwóch innych strażaków. My zaś, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku obywatelskiego, udaliśmy się dalej, ku miejscowości o jakże poetyckiej nazwie Długopole Zdr.
Znaczy, przynajmniej próbowaliśmy, bo czerwony szlak (szlag?) znów zrobił numer i nam uciekł, a ja nie zorientowałem się z mapy, że coś tu śmierci, skutkiem czego wylądowaliśmy w długopolu, ale górnym. Bywa. Potem musieliśmy ładny kawałek przejść, ale mieliśmy motywację. Tam było jedzenie. Przynajmniej w teorii - znów mieliśmy szczęście trafić na restaurację, w której połowy zawartości menu nie było (invalid?). Trudno, ograniczyliśmy się do naleśników i pierogów, zjedliśmy i poszliśmy na dworzec. Ponieważ mieliśmy jeszcze godzinę czasu, siedliśmy z gitarą i zaczęliśmy śpiewogranie. Być może właśnie to zwróciło na nas uwagę konduktora pociągu do Międzylesia, który pomachał nam na pożegnanie. Anyway, jakieś pół godziny później przyjechał nasz pociąg - a następne 2,5h później byliśmy już we Wro...
Bilans: ładnych kilkadziesiąt kilometrów, krew, pot, łzy, dlaczego to zawsze muszą być węże, why is the rum always gone...

Ja chcę jeszcze raz!
01:47, leitdorf
Link Komentarze (2) »
czwartek, 20 sierpnia 2009
#307# All good things...
Come to an end, and my stay in Maynooth was very good indeed! I've had a chance to practice my English, as you can see now.
A tak po ludzku - warto było. Zdecydowanie. Udało się dokonać paru nowych odkryć, jak na przykład nowego szlaku na Howth... Widziałem jak lotnisko zasypia - i ponownie się budzi... Po raz pierwszy w życiu zasnąłem w samolocie... A poza tym - intensywne zwiedzanie miasta i okolic, w tym obserwacja jubileuszowej kolejki parowej. Udało się nam też załapać na dwa powiązane z tymże jubileuszem koncerty. Były też nowe doświadczenia kulinarne, muzyczne, filmowe (polecam Once!)... I naprawdę szkoda, że już się to skończyło i znów wróciłem do domu. Ale nie jest źle! Wszak Księżycowa Istota wróciła wraz ze mną, i już zdążyliśmy zaliczyć kultowe kolarstwo i wielkie działkowe owocobranie. W planie jeszcze kilka, równie (albo i bardziej) ciekawych projektów - więcej napiszę, jeśli wreszcie psinka (świnka?) przestanie mnie wyrywać ze snu o 6 rano, co sprawi, że w godzinach popołudniowowieczornych będę mniej senny - więc może i wena się pojawi...

Hope so, thanks for your attention, now just relax and enjoy our flight...

Yeah, whatever.
00:24, leitdorf
Link Komentarze (2) »
piątek, 31 lipca 2009
#306# Dla podtrzymania
Się wreszcie zbiorę i coś napiszę. Coś, ale chyba nie za wiele. Powód jest dość prosty - strasznie dużo się ostatnimi czasy u mnie dzieje. Cóż konkretniej? Well. Od ostatniej notki, między innymi, podjąłem Elfa rozgrywkami, dowiedziałem się, że spektrometr mas popsuł się dość kompleksowo i raczej długotrwale niż nie, potem wsiadłem w samolot, w którym wytrząsło mnie za wszystkie czasy (pierwsze pół godziny były tzw "łagodne turbulencje" - znaczy, ja nie wątpię, że one były łagodne, skoro załoga chodziła narmalnie i serwis odbywał sie bez zakłóceń, ale dla mnie - znanego fana latania - było tego aż nadto. Plus boczne podmuchy przy lądowaniu. Sama radocha!)... Potem byłem już znacznie bliżej Księżyca - oczywiście, gopiero gdy połapałem się, jak dojechać z lotniska pod szpilę z nieplanowaną przesiadką w okolicy nieskończoności :D. Kolejne dni były rajdem po całym Dublinie i przyległościach, nawet dość odległych - na przykład, wykonana w jeden dzień trasa Maynooth-Phoenix Park-An Lar (centrum po irlandzku, jakby kto pytał)-Stepaside-Lotnisko-Stepaside (z taksówkarzem, który - mimo GPS-a - dał radę się pogubić...). A później zwiedzanie miasta, tym razem w roli przewodnika, grill międzynarodowy i dwie wizyty na lotnisku tego samego dnia, z których jedna zakończyła się lotem do Cork i dwudniowym zwiedzaniem południowozachodniego wybrzeża Zielonej Wyspy. Następnie powrót, a później spacery po Maynooth, samiec w kuchni, "Guinness is good for you" (śmiech śmiechem, jest naprawdę całkiem niezły) i nauka programowania. Wprawdzie dalej do mnie przemawia Turbo Pascal, i to zdecydowanie bardziej niż Java (tak, tak, tkwię w okowach programowania proceduralnego), lecz nie sposób nie dostrzec, iż programowanie obiektowe również ma swoje zalety. No więc dostrzegam. W każdym razie powiem tak - jedno i drugie jest dobre, ale żadne z nich nie jest idealne ;)
01:43, leitdorf
Link Komentarze (2) »
wtorek, 07 lipca 2009
#305# Wakacje!
Udało się - zaczęły się. Zostałęm przelisowany na wylot - nie obyło się bez półtoragodzinnej kombinacji jak słoń pod górę, połączonej z lataniem do biblioteki i poszukiwaniem wartości lizbowych do parametrów w neutronografii, zakończonych opinią "3-", która w indeksie okazała się być 4+. Między innymi dzięki temu popełniłem przed chwilą podanko z cyklu "ministrze, sypnij kasą". Wprawdzie w tym podejściu nie sądzę, żeby moje szanse były jakieś wybitne, ale - spróbować nie zaszkodzi.
Poza tym, za dobre sprawowanie uzyskałęm grę "Blood Bowl". Kończę już pierwszy turniej. Jest naprawdę, naprawdę dobra. A bardziej szczegółowa recenzja prawdopodobnie niedługo znajdzie sie na bojowym. Podobnie jak drugiego mojego pożeracza czasu - WoW-a. Krasnolud - myśliwy - inżynier. Mniam.
Poza tym - well. Standardowe życie. Przeprowadzam pokój koła (zdarzyło mi się też przeprowadzić samo koło, bez pokoju, ale to inna sprawa), cierpię za dobre serce stojąc w długiej kolejce do biblioteki, robię pomiary (szkoda tylko, że ostatecznie nic nie wyszło z oglądania flaków - serwisant był zbyt zdolny i się uwinął, nim ja skończyłem zdawać egzaminy), wymieniam klocki hamulcowe, jednocześnie stwierdzając, że tylne koło przeszło w konformcję jaja... No, i oswajam się z myślą o częstszym lataniu :). A teraz - szykuję się do samczych rozgrywek...
01:24, leitdorf
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7